Tusk rozbił naszą świnkę-skarbonkę

Drukuj
Cieszymy się, że rząd ograniczył OFE, choć mógł je zlikwidować? Stalin też był dobry, bo dał dziecku cukierek, a mógł przecież zabić.

Krzyś, który rok temu poszedł do pierwszej klasy podstawówki, poczuł się bardzo dorosły i postanowił oszczędzać. Co miesiąc część kieszonkowego wrzucał do porcelanowej świnki skarbonki. Nie było tego dużo, ale z biegiem czasu uzbierała się całkiem niezła sumka. Dorośli nie mogli się go nachwalić, że taki oszczędny i rozsądny, więc chętnie dorzucali drobne do świnki. Chłopiec wiedział, że jeśli będzie odkładał regularnie, w końcu pojedzie na wymarzone wakacje i to za swoje pieniądze!

Jednak sytuacja w rodzinie była trudna: trzeba było spłacić kredyt za telewizor, kupić nowe meble, a starszy brat koniecznie chciał rower górski na urodziny. Rodzice nie mieli wyjścia. „Synku, musimy rozbić twoją skarbonkę” – powiedziała mama. Tata wziął młotek i rozwalił świnkę w drobny mak. Budżet rodzinny (na chwilę) został uratowany. – Nic się nie martw, Krzysiu. Twoje oszczędności są u nas bezpieczne. Mamy u ciebie dług – powiedział tata. – Gdy przyjdzie lato, rodzice zafundują ci wakacje fajniejsze niż te, na które byś sam uzbierał. I tak zamiast własnych pieniędzy w skarbonce chłopiec został z obietnicą rodziców, którzy niestety mieli dużo wydatków i pozaciągane kredyty, więc nic nie wskazywało na to, żeby z czasem byli w stanie się z niej wywiązać. Krzyś bardzo płakał, bo wiedział, że z jego marzeń o wakacjach nici, ale był mały i nic nie mógł zrobić.

Dziś naszą skarbonkę rozbija polski rząd. Zamiast realnych pieniędzy daje nam obietnice. Nie był w stanie zmniejszyć długu publicznego, więc ratuje się zwiększaniem długu ukrytego, który trzeba będzie spłacić (albo nie), kiedy przyjdzie czas wypłaty emerytur dzisiejszym 20- i 30-latkom. Żeby w przyszłości system emerytalny był wypłacalny, trzeba będzie albo radykalnie obciąć świadczenia, albo zwiększyć podatki. Tak przynajmniej wynika z przyjętej przez rząd Platformy „Strategii Polska 2030” autorstwa zespołu Michała Boniego. Kiedy rzecznik rządu Paweł Graś mówi, że OFE i tak kupowały obligacje skarbu państwa, więc w zasadzie nic się nie zmieniło, to kłamie. Zobowiązania wobec emerytów rząd, jak widać, jest w stanie zmienić jedną ustawą. Wszystko, co go ogranicza, to co najwyżej obawa przed buntem społecznym.

Natomiast zawieszenie wykupu obligacji oznacza de facto niewypłacalność państwa i bankructwo, a w każdym razie koniec możliwości zaciągania kolejnych długów, czyli tzw. model argentyński. Trudno sobie wyobrazić, żeby przyszły rząd podjął takie ryzyko, bo niemal każdy rząd musi zaciągać nowe długi na rzecz istniejących zobowiązań. Gdy Paweł Graś albo Michał Boni twierdzą, że rząd „uratował OFE”, bo mógł na kilka lat zawiesić wpłaty do nich albo je w ogóle zlikwidować jak demokrata Viktor Orbán na Węgrzech, zachowują się jak Lenin ze starego dowcipu, który był dobry, bo dał dziecku cukierek, a przecież mógł uderzyć.

Michał Boni w rozmowie w TVP Info przynajmniej uczciwie przyznał, że bezpieczeństwo naszych emerytur w przyszłości zamieniamy na bezpieczeństwo finansów dziś (pytanie, co się stało z zieloną wyspą wzrostu PKB?). Wytłumaczył też, że gdyby nie decyzja Komisji Europejskiej,która wciąż nie uznaje naszych argumentów, żeby odliczać wpłaty do OFE od długu publicznego, całej sprawy by nie było. Niemcy mają zobowiązania emerytalne rzędu 2,5-krotności PKB – powiedział Boni, Polska rzędu 70 proc. To tzw. ukryty dług, zobowiązania, które trzeba będzie wypłacić, ale których nie wlicza się do oficjalnego długu publicznego państwa. Jednym słowem: skoro inni mają spaprane finanse publiczne, my też musimy do nich dołączyć. To typowy przykład równania w dół.

Różnica między długiem oficjalnym a długiem ukrytym jest taka jak między rachunkami, które kładziemy na biurku, żeby je zapłacić i bierzemy pod uwagę przy konstruowaniu naszego prywatnego budżetu, kalkulując wydatki i przychody, oraz tymi, które chowamy do szuflady do zapłacenia na święty nigdy. Co nie znaczy, że w końcu nie przyjdzie czas, kiedy do drzwi zapuka komornik, żądając spłaty całości długu wraz z odsetkami. Emerytury w II filarze są tymi pierwszymi rachunkami, długiem jawnym, emerytury w ZUS rachunkami do szuflady, długiem ukrytym. Rząd chce część rachunków leżących do zapłaty na biurku, które psują mu statystyki, zamknąć w szufladzie, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Co stanie się jednak, kiedy do kasy polskiego państwa zapuka komornik, czyli w tym wypadku emeryt, który całe życie odkładał pieniądze ze swojej pensji? Otóż państwo w przeciwieństwie do nas, zwykłych obywateli, może tego długu nie zapłacić i nie ponieść żadnej konsekwencji, np. zmniejszając ustawowo wielkość emerytur. Może też zdecydować, że dotrzyma zobowiązań, ale kosztem obłożenia wówczas pracujących wysokimi podatkami, co będzie zabójcze dla wzrostu gospodarczego.

Rząd w żaden sposób nie zagwarantował nam tego, że w przyszłości ZUS będzie wypłacalny. Przy obecnym modelu piramidy finansowej, w której młodzi utrzymują starych, czyli nasze składki nie idą na nasze konta, ale na konta obecnych emerytów, wypłacalność systemu zależy od liczby wpłacających, czyli pracowników. Kiedy liczba żądań wypłaty będzie większa, a wpłacających mniejsza, system musi się zawalić lub radykalnie ograniczyć liczbę wypłat, czyli naszych emerytur. Lub podnieść wartość wpłat, czyli naszych podatków. Nie ma żadnych szans na boom demograficzny za 20 lat, bo nie rodzi się u nas wystarczająca liczba dzieci (zastępowalność pokoleń jest na poziomie 1,45, a powinna 2,1). Polityka prorodzinna może przynieść efekty, ale odleglejsze w czasie. Jak rząd chce zagwarantować wypłacalność systemu, pozostaje jego słodką tajemnicą, skoro – tu cytat za dokumentem przygotowanym przez zespół Michała Boniego „Strategia Polska 2030”, str. 69: „jeśli dziś na 1 osobę w wieku poprodukcyjnym przypada 2,6 osoby potencjalnie produktywnej, to w 2030 r. może to być już mniej niż 1,5 osoby”. A co się stanie, jeśli zamiast dokończenia reformy emerytalnej będziemy iść dalej kursem, który wyznaczył rząd swoją decyzją i rozwiązanie problemów wypłaty emerytur zostawimy na przyszłość? Odpowiedź znajdziemy na str. 71 wspomnianej strategii. „W razie braku zmian instytucjonalnych wynikające z procesów demograficznych zwiększenie liczby beneficjentów tych świadczeń doprowadzi w przyszłości do wzrostu wydatków. Będzie je trzeba finansować w postaci wyższych podatków i składek opłacanych przez osoby pracujące”. Ale jest również alternatywa zarysowana na tej samej stronie strategii. To: „automatyczne zmniejszenie wielkości świadczenia przysługującego każdemu z emerytów”.

Czyli wybór między dżumą a cholerą? Na którą z tych opcji postawi rząd Platformy Obywatelskiej? Rząd Donalda Tuska uznał, że to nie jego problem, jednak decyzja o znaczącym cofnięciu reformy emerytalnej wpłynie na życie tych wszystkich, którzy za lat 20 będą pracować lub pobierać emeryturę, także ośmioletniego dziś Krzysia, który nie słyszał wprawdzie o funduszach ani składkach, ale marzyły mu się wspaniałe wakacje. Dziś my wszyscy, jak Krzyś, zostaliśmy ze skorupami naszej skarbonki, z obietnicami zamiast oszczędności. Pytanie, czy stać nas na więcej niż tylko bezsilny płacz małego dziecka? Jedno można powiedzieć o polityce premiera. Donald Tusk konsekwentnie realizuje to, co zapowiedział 4 sierpnia 2010 roku w wystąpieniu w Sejmie w sprawie wieloletniego planu finansowego państwa: „Czujemy się odpowiedzialni za ludzi i za Polaków, którzy żyją tu i teraz, a nie w dalekiej przyszłości”.
Tekst ukazał się w 2 numerze tegorocznego Newsweeka
http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/biznes/tusk-rozbil-nasza-swinke-skarbonke,70314,1
Czytaj również