Musimy się zrzec suwerenności, żeby ją utrzymać

Drukuj

Pierwsze wrażenie po lekturze przemówienia Sikorskiego wbija w dumę, że z ust polskiego polityka mogły paść takie słowa, plasujące Polskę w głównym europejskim nurcie. Wyrasta ono o kilka długości, nie przystaje do tego czym była polska polityka zagraniczna dotychczas. Co nie znaczy, że polskie władze nie przygotowały pod nie gruntu wcześniej. Tusk i Sikorski konsekwentnie uprawiają politykę „nic przeciw Niemcom”. „Liberté!”, które w VII numerze postulowało ścisły polsko-niemiecki sojusz (piórami zarówno młodych polskich jak i niemieckich liberałów) nie może się nie cieszyć z takiego obrotu spraw. Widać, że premier odrobił lekcję (dostał ode mnie egzemplarz akurat tego numeru podczas gali wręczenia nagród Kisiela w 2010 roku:-).

Znamienne jest przesłanie do Brytyjczyków, wśród których Sikorski ma tam wciąż wielu wysoko postawionych przyjaciół, (to nie przypadek, że jego przemówienie znalazło się na pierwszej stronie „Financial Times” i wśród głównych newsów na stronie „The Economist”). Brzmiało w skrócie, „chciałbym, żebyście się włączyli, ale skoro nie możecie to przynajmniej nie przeszkadzajcie”. Ewolucja Sikorskiego – od brytyjskiego torysa/amerykańskiego republikanina do racjonalnego federalisty cieszy szczególnie. Co najważniejsze wydaje się, że odbyła się ona na podstawie kalkulacji tego co leży w polskim i unijnym interesie. Dziś to już nie tyle kwestia dobrych czy złych chęci, ale wręcz przetrwania na najbardziej elementarnym poziomie.
O ile przemówienie ma mieć jakiś efekt poza podkręceniem oszalałej w wyścigu na euro sceptycyzm prawicowej opozycji niezwykle istotne jest aby premier nie zwlekał z mocnym i zdecydowanym poparciem tez swojego ministra. Nie może powstać wrażenie dysonansu, wyrwania się przed szereg Sikorskiego (do czego jak wiemy miał skłonności w przeszłości), szczególnie w sytuacji kiedy Solidarna Polska składa w sejmie wniosek o wotum nieufności wobec niego.
Bezsensownie radykalny atak Kaczyńskiego pomaga nagłośnić przemówienie Sikorskiego, które nie dość było wyeksponowane na portalach internetowych (piszę to z Wilna, komentarze w TVP Info nabrały rumieńców pojawiły się wtedy kiedy Kaczyński odpalił ładunki wybuchowe). Licytacja na radykalizm i eurosceptycyzm Kaczyńskiego i Ziobry oczywiście dobrze wróży porażce obu, natomiast nie służy debacie na ten kluczowy dla Polski i Europy temat. Trudno rozmawiać kiedy poważny podobno polityk mówi o IV Rzeszy. Z tego punktu widzenia znów popadamy w starą śpiewkę – Kaczyński gada idiotyzmy, normalni ludzie go krytykują, broni go wierna, ta sama co zwykle gwardia. To przemówienie zasługuje na więcej, na przemyślenie i przede wszystkim na wdrożenie. Oznacza jednak konieczność radykalnej zmiany dyskursu z prowincjonalnego na proeuropejski. Inaczej pozostaną nam piękne, ale jedynie słowa. Pytanie czy skończy się na jednorazowym efekcie, czy planujemy przestawienie na nowe tory całej polityki zagranicznej. Czy także w Polsce zmieni się retoryka i politycy zaczną więcej zajmować się Europą czy dominować będzie dyskurs z kampanii, „jak załatwimy 300 miliardów”.
Problemem w praktycznej realizacji postulatów Sikorskiego (ich omówienie to temat na osobny artykuł) jest polityczna i gospodarcza waga Polski. Mimo dużej populacji i terytorium nasza gospodarka choć jest niewielka. Polska wciąż o wiele więcej bierze z Unii niż daje co skazuje ją na słabszą pozycję negocjacyjną wobec płatników netto. Dylemat jest prosty: władza albo kasa. Prointegracyjny kurs Polski oraz zdrowa gospodarka z niskim (na tle UE) długiem publicznym i poparcie dla twardej dyscypliny budżetowej stawiałyby nasz kraj w gronie przyszłego „twardego jądra Unii”. Jednak fakt, że do strefy euro nie należymy, a zmiany w obrębie całej Unii wymagałyby renegocjacji i ratyfikacji traktatów przez wszystkie kraje sprawia, że mimo najlepszych chęci możemy znaleźć się na marginesie.
Najważniejszym przesłaniem przemówienia Sikorskiego jest tak jasne po raz pierwszy przez jakiegokolwiek polityka postawienie sprawy, że w interesie Polski leży jak najgłębsza integracja europejska. Że jako kraj peryferyjny musimy skazani jesteśmy albo na Europę silną i zjednoczoną albo Europę narodowych egoizmów, w których słabe państwo jakim jest Polska będzie w najlepszym wypadku grała w drugiej lidze, najgorsze scenariusze znamy już z historii. Ekonomicznie, kulturowo, politycznie, cywilizacyjnie korzystamy na integracji z Unią. Dla Europy polityczna integracja to warunek sine qua non uczestniczenia, nawet nie przewodzenia, w wyścigu światowych potęg. Każdy kto tego nie dostrzega jest albo głupcem albo wyjątkowo cynicznym manipulatorem.

Czytaj również
  • http://wolnemedia.net/ Janusz

    Krytycy są oburzeni. „Dojście do władzy bankierów i niewybranych demokratycznie technokratów, którzy mają władać Grecją i Włochami pokazuje jak trwający kryzys w strefie euro podcina demokracje” skarżył się Costas Panayotakis, profesor socjologii z New York City College of Technology w CUNY
    cyt. za.http://wolnemedia.net/polityka/lider-bilderbergow-przejmuje-wlochy/

    Leszku sądzę,że twoje spostrzeżenia są dobre tylko na kryzys i jedność wspólnoty Europejskiej itp.Kryzys jest podtrzymywany sztucznie i kierowany poprzez międzynarodowe organizacje finansowe! Do wykorzystania go w przejęciu narodowych państw!

    Jako politolog zauważ, co po narodzie zostanie jeśli w ciągu 50 lat będziesz miał kocioł europejski. Pogrążeni nadal w kryzysie zostaniemy odcięci od decyzji mających wpływ na losy nie narodu lecz obszaru RP. Jako polityk nigdy nie przebijesz sceny zaprojektowanej przez potęgi gospodarcze np. Niemiec. Jestem za Europą multi-kulti, ale spójrz teraz na ile miejsc w strukturach Administracyjnych Unii przyznanych Polakom pracuje Polaków. Czy ty naprawdę chcesz być wasalem Niemiec lub kogoś innego? Tworzy nam się nie Europa lecz państwo „komuny-europejskiej” z władzami wybieranymi od środka. To raczej nie powinno współgrać z twoimi liberalnymi poglądami.
    Mam nadzieję, że jeszcze niezależnymi
    pozdrawiam