Mamy prawo do przyszłości!

Drukuj

Decyzje podejmowane dziś przez polityków w wieku przedemerytalnym determinują przyszłość młodego pokolenia, także tych, którzy nie mają jeszcze praw wyborczych, nawet więcej – tych, którzy się jeszcze nie narodzili. W jaki sposób możemy zapewnić to, że nie będą kosztów problemów dnia dzisiejszego przerzucać na nasze barki?

Młodzi są grupą szczególnie dyskryminowaną. Częściowo na własne życzenie – wielu dwudziesto czy trzydziestolatków nie interesuje się polityką, odcina się od niej, uważa za bagno, którego lepiej nie ruszać, jakby nie dostrzegając związku między swoim życiem a decyzjami podejmowanymi przez rząd czy sejm. Lekcja, że jest inaczej najczęściej bywa nagła i bolesna – rząd Kaczyńskiego z Lepperem i Giertychem jako ministrem edukacji, rządowy skok na OFE, ACTA – wtedy następuje krótkotrwałe przebudzenie i pobudzenie, które przemija równie szybko jak powstało.

Osobną sprawą jest przerzucanie na tych, którzy mają dopiero kilka albo kilkanaście lat, albo nawet się jeszcze nie narodzili, kosztów decyzji podejmowanych dziś. Doskonałym przykładem jest gwałtowny wzrost na całym świecie poziomu długu publicznego przez państwa, traktowanego jako doskonałego sposobu walki z recesją i kryzysem. Nikogo nie obchodzi, że ten dług spłacać będą jeszcze nasze wnuki, że przerzucamy na (mniej liczne!) pokolenia koszty naszej konsumpcji i wygody tu i teraz. O ile dokonał się jakiś przełom w dziedzinie ekologii, myślimy o tym, żeby nasza planeta i za stulecie nadawała się jeszcze do zamieszkania, to w dziedzinie społeczno-gospodarczej dominuje zasada „carpe diem”, albo raczej „Jutro nie umiera nigdy”. Jednak z faktu, że myśl o jutrze wypieramy nie oznacza, że ono nie nadejdzie.

Doskonałym przykładem takiej decyzji, które wpływa na życie ludzi na dziesięciolecia wprzód jest wczorajsze ogłoszenie przez Donalda Tuska rozpoczęcia procesu podnoszenia wieku emerytalnego. Spóźnione, niewystarczająco szybkie, ale niezbędne i ogromnie ważne. Przedstawione alternatywy – radykalne podniesienie składki VAT lub zwiększenie składek i obniżenie świadczeń emerytalnych są wiarygodne, innego wyjścia (o ile nie nastąpi jakiś kataklizm) po prostu nie ma.

Emerytury wymyślone zostały jako instrument pomagania ludziom niedołężnym, którym już nie zostało wiele życia. 60 czy 65 lat większość nie dożywała, jednocześnie nie brakowało nigdy młodych, którzy własną pracą finansowali emerytury seniorów. Kiedy zamiast czterech pracujących na jednego emeryta proporcje wyniosą dwa do jednego (a tak przewiduje m.in. Strategia 2030 zespołu Michała Boni) nie ma szans, żeby utrzymać obecny poziom świadczeń lub nie zadusić pracujących wówczas bardzo wysokimi podatkami. Przeciwnicy podniesienia wieku emerytalnego argumentują, że 80 procent Polaków sprzeciwia się decyzji rządu. A czy ktoś zapyta za 30 lat ówczesnych pracujących czy chcą płacić dwa razy większe składki emerytalne albo ponad 30% VAT? Czy ktoś zapyta ówczesnych emerytów czy gotowi są zredukować o 30-40% swoje emerytury bo brakuje na nie w ZUSie? Nie – i na tym polega podstawowy problem dotyczący podejmowania długofalowych decyzji determinujących przyszłość przyszłych pokoleń. Ich głos nie ma absolutnie żadnego znaczenia.

Przyszłość, o ile ktoś nie wierzy w bzdurne przepowiednie o końcu świata à la kalendarz Majów, jest równie rzeczywista co teraźniejszość. O ile jednak w teraźniejszości ulokowanych jest mnóstwo sprzecznych ze sobą interesów, których godzenie jest zadaniem polityki, o tyle wydaje się, że przyszłość należy do nikogo. To nieprawda. Wszyscy, którzy będą mieli szczęście (bądź nieszczęście) tej przyszłości doczekać mają powód do tego, żeby się jej kształtem przejmować. Zwłaszcza młodzi – 20-30 latkowie, przed którymi jeszcze pół wieku życia w świecie, którego nie projektowali, na którego nie mieli niemal żadnego wpływu, a w jeszcze większym stopniu ci, którzy ze względu na wiek oficjalnie pozbawieni są praw wyborczych, którzy urodzili się na początku XXI wieku i mają szansę zobaczyć jego koniec.

Jak zapewnić im prawo głosu, jak zadbać o ich – o nasze interesy mimo gigantycznej presji wpływowych starszego i średniego pokolenia, jak przekonać naszych rówieśników, że bez ich zaangażowania skazani jesteśmy na łaskę i niełaskę rządzących, których horyzont zamyka się na końcu czteroletniej kadencji? Oto wielkie zadanie, które stawiamy przed sobą w „LIBERTÉ!” i które powinien podjąć każdy kto choć w minimalnym stopniu odczuwa odpowiedzialność za przyszłość swoją i swoich dzieci. Czas, żebyśmy powiedzieli głośno – politykom, związkowcom, emerytom, pracownikom służb mundurowych, pokoleniu naszych rodziców i dziadków: mamy prawo do przyszłości!

Czytaj również