Chiński sen

Drukuj

Amerykański sen polegał na tym, że byle łachudra przy odrobinie pomysłowości i masie szczęścia mógł stać się milionerem. Chinese dream (na Zachodzie) oznacza, że nie trzeba być milionerem, żeby móc żyć jak milioner.

Celebrowane przez premiera Tuska „strategiczne partnerstwo” między Polską a Chinami musi budzić uśmiech politowania. Pomijając skalę współpracy (większe chińskie inwestycje ulokowane są w kilka razy mniejszych Węgrzech) wielkość i potencjał obu krajów są nieporównywalne. Równie dobrze my moglibyśmy rozwijać „strategiczne partnerstwo” z tak lubianą przez Dodę Kostaryką. Jednak wizyta w Polsce premiera Chińskiej Republiki Ludowej Wena Jiabao zmusza do refleksji na temat przyszłej roli Chin na świecie i w Europie, a także natury chińskiej ekspansji gospodarczej, a ostatnio także politycznej.

Chińczycy wiedzą, że to pieniądz rządzi światem, a człowiekiem Zachodu w szczególności. I bezwzględnie to wykorzystują. Kiedyś Portugalia czy Holandia rozprzestrzeniały swoje wpływy polityczne i ekonomiczne przez faktorie handlowe, trzeba było Drugiej Wojny Opiumowej, żeby Chińczycy otworzyli swoje porty na handel z Wielką Brytanią i Francją, dziś w świecie globalnego kapitału Chińczycy przychodzą do świata Zachodu „na gotowe”. Korzystają z infrastruktury, która przez lata służyła wzmacnianiu centrum przez eksploatację peryferii (często, ale nie zawsze z eksploatacją szedł postęp cywilizacyjny), swobodnej żegludze, którą gwarantuje globalny rywal Stany Zjednoczone, traktatom handlowym stworzonym w imię zasad obcym tradycyjnie zamkniętemu Państwu Środka. Chiny fantastycznie wpasowały się w świat, którego nie współtworzyły, więcej, od którego się przez lata próbowały, nieskutecznie, izolować. Taktyka ta nie sprawdziła się, Chiny choć nigdy nie stały się kolonią sensu stricte padały ofiarą gier mocarstw – Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii, Rosji, co dla dumnego państwa, dla którego cudzoziemcy równoznaczni są z barbarzyńcami było nieprawdopodobnym upokorzeniem. W świecie imperiów, w którym interes geopolityczny górował nad ekonomicznym Chinom być może nie pozwolono by się rozwinąć w takim stopniu jak dziś. Jednak dziś panem i władcą jest pieniądz, możliwość nieograniczonej konsumpcji, rynki zbytu – tu dzięki demografii Chiny wygrywają.

Związek Radziecki nadganiał kiedyś zapóźnienia względem Zachodu przez ekstensywną industrializację bez względu na koszty ludzkie i ekonomiczne, co przez lata powodowało dreszcze przerażenia u amerykańskich i europejskich sowietologów obwieszczających prowadzenie Moskwy w zimnowojennym wyścigu. Chińczycy wyciągnęli cenną lekcję z wzlotu a następnie upadku komunistycznego „starszego brata”. Autorytaryzm przydaje się do forsowania projektów, które niwelują zdobywane przez lata w sposób organiczny przewagi innych (chińskie władze zaprzęgają cały kraj do tańszego i skuteczniejszego eksportu, ograniczając konsumpcję wewnętrzną, akumulując kapitał, dewaluując RMB, czyli juana). Bez bezwzględnego systemu autorytarnego już dawno wybuchł by bunt, przy którym Powstanie Bokserów to betka. Jednocześnie Chiny zrezygnowały z nieefektywnego systemu gospodarki nakazowo-rozdzielczej zachowując kontrolę w kluczowych sektorach gospodarki, ziemi czy sektora bankowego. Wszelka forma działalności nie tylko opozycyjnej, ale niezależnej od władzy jest z całym okrucieństwem tłumiona (protesty studentów w 1989 roku, Falun Gong 10 lat później, protesty Tybetańczyków przed Olimpiadą w Pekinie w 2008 roku). Gorbaczow to antymistrz chińskiej myśli politycznej, jakiekolwiek poluzowanie śruby może skończyć się tak jak w Związku Radzieckim, czyli wielkim i nagłym rozkładem. A Chiny, choć stwarzają z zewnątrz wrażenie bardzo jednorodnych są tak naprawdę zlepkiem bardzo wielu różnych kultur, zdominowanych przez lud Han. Obawa przed powrotem wojen Trzech Królestw z początku III wieku, w następstwie których podzielone Chiny stały się ofiarą podboju przez pogardzanych koczowników musi być w chińskich elitach władzy silnie zakorzeniona.

Amerykański sen polegał na tym, że byle łachudra przy odrobinie pomysłowości i masie szczęścia mógł stać się milionerem. Chinese dream (na Zachodzie) oznacza, że nie trzeba być milionerem, żeby móc żyć jak milioner. W każdym razie można otrzymać bardzo wiarygodną iluzję takiego życia – niestety inni członkowie klasy średniej wokół nas też, co znacząco psuje przyjemność z posiadania nowego „niezbędnego” gadżetu i oznacza konieczność zakupienia następnego. Mechanizm znany każdemu dealerowi narkotyków, daj im trochę, sami wrócą po więcej.

Czytaj również
  • Bartosz Malinowski

    Brawa za tekst. Taki jak lubię: z perspektywy Europy i Zachodu, a nie Polski. Trafny i zwięzły. Mój ulubiony fragment: „W świecie imperiów, w którym interes geopolityczny górował nad ekonomicznym Chinom być może nie pozwolono by się rozwinąć w takim stopniu jak dziś. Jednak dziś panem i władcą jest pieniądz, możliwość nieograniczonej konsumpcji, rynki zbytu – tu dzięki demografii Chiny wygrywają.”. Z zastrzeżeniem: jeszcze dzięki demografii, ale już niedługo. „The Economist” napisał, że demografia to pięta Achillesowa Chińczyków. Przyrost populacji w USA: 30% na 40 następnych lat. Chińczyków? Spadek o -3,4%. http://www.economist.com/node/21553056