Bomb, bomb, bomb Iran?*

Drukuj

Wycofanie się amerykańskich wojsk z Iraku oznacza, że od 1 stycznia 2012 droga dla izraelskich bombowców do Iranu jest otwarta, iracka armia wciąż nie ma możliwości kontroli własnej strefy powietrznej. Ehud Barak, minister obrony Izraela twierdzi, że za dziewięć miesięcy (przypadkowo to czas przypadający tuż przed wyborami prezydenckimi w USA w listopadzie 2012?) będzie już za późno, żeby powstrzymać reżim przed produkcją bomby atomowej ponieważ jej produkcja zostanie rozproszona po całym kraju, tak, że żaden nalot nie będzie w stanie jej zniszczyć.

Podstawową różnicą między Izraelem i USA (które oficjalnie nie wykluczyły nigdy ataku w celu powstrzymania Iranu przed stworzeniem bomby atomowej) jest:  1) etap rozwoju irańskiego programu atomowego 2) określenie krytycznego momentu, po którym Iranu nie będzie można już powstrzymać 3) ocena wartości różnego rodzaju materiałów wywiadowczych.

Benjamin Netanjahu odmówił Obamie konsultacji, a nawet informacji z wyprzedzeniem w sprawie ewentualnego ataku. To nad czym pracują obecnie obie strony to wzajemne konsultacje w sprawie swoich „czerwonych linii”, które będą oznaczały dla nich konieczność interwencji. To duży sukces Izraela dla którego jednostronna interwencja oznaczałaby dalszą międzynarodową izolację, konflikt ze wszystkimi sąsiadami i przede wszystkim wojnę z Hamasem i Hezbollahem uzbrojonym przez Iran, zamachy terrorystyczne oraz trudną do oszacowania skalę bezpośredniego irańskiego konwencjonalnego rakietowego i lotniczego kontrataku z powietrza.

Sytuacja zewnętrzna może sprzyjać Izraelowi. Syria znajduje się w ogniu wojny domowej, niezdolna do akcji zewnętrznej, intensywnego wspierania Hezbollahu i antyizraelskiej akcji w Libanie. Stłumienie protestów i wzmocnienie władzy Asada to powrót do bezpośredniego zagrożenia Izraela atakami terrorystycznymi. Jego upadek oznaczałby, że ostatni sojusznik Iranu w regionie przeszedł do historii, co pociągnęłoby to także za sobą nieprzewidziane konsekwencje, z możliwością wybuchu sekciarskiej wojny wszystkich przeciwko wszystkim, odwetu sannickiej większości na alawitach, bezlitośnie dziś mordowanych protestujących na zwolennikach reżimu, muzułmanów przeciw chrześcijanom – możliwości jest multum.

Asada uratować mógłby Netanjahu przeprowadzając atak na Iran, wówczas byłaby szansa na skonsolidowanie się Syryjczyków przeciw wspólnemu wrogowi, zwłaszcza, że presja Iranu byłaby z pewnością ogromna. Dyktator w odruchu desperacji mógłby spróbować jakąś agresywną akcją przeciw „Małemu Szatanowi” uratować swoje chwiejące się przywództwo.

Egipt również zajęty jest samym sobą. Wprawdzie sytuacja po wyborach parlamentarnych powinna się ustabilizować, jednak w najbliższych miesiącach będzie decydować się przyszłość egipskiej konstytuanty, która ma stworzyć konstytucję a tym samym zdecydować o charakterze jaki przyjmie demokratyczny Egipt. Rządy Bractwa Muzułmańskiego, czy szczególnie dojście do głosu elementów bardziej radykalnych (przy mocno antyizraelskich i antyamerykańskich nastrojach egipskiej ulicy) stwarzają w dłuższym okresie bardzo niebezpieczną sytuację dla Izraela jako, że Egipt jest jedynym krajem w regionie, który może bezpośrednio zagrozić Izraelowi z racji swojego militarnego potencjału, a nowy rząd nie będzie tak jak Mubarak podatny na naciski z Waszyngtonu. Traktat pokojowy z 1979 roku może okazać się niewart papieru na którym go sporządzono.

Wybory w USA sprawiają, że z jednej strony Izrael zyskuje przez wpływy w Kongresie oraz świetnie zorganizowane lobby możliwość nacisku na urzędującego prezydenta jak i republikańskich pretendentów, co może wpływać (i wpływa, Iran to praktycznie jedyny temat polityki zagranicznej jaki przewija się w republikańskich prawyborach) na ich deklaracje w sprawie irańskiego programu atomowego. Jednocześnie Obama przez wyborami w listopadzie będzie z całą pewnością chciał uniknąć zarówno amerykańskiej interwencji jak i izraelskiego ataku na Iran, który wywoła co najmniej bardzo poważny kryzys, o ile nie regularną wojnę w regionie, dlatego wzrastać będzie także presja na Izrael, żeby uniknąć jednostronnej akcji Tel-Awiwu.

O ile obecna retoryka Iranu odbierana jest przez niektórych, m.in. Fareeda Zakarię jako oznaka słabości, zwłaszcza, że w interesie tego kraju nie jest zamykanie cieśniny Ormuz, o czym pisałem w poprzednim wpisie to istnieje też zagrożenie, że ostre słowa mogą pociągnąć za sobą nieprzewidziane konsekwencje, zwłaszcza jeśli żadna ze stron się nie cofnie z obawy przed oskarżeniem przez własnych twardogłowych o słabość. Jak mówi w raporcie sporządzonym przez Reutersa Farhang Jahanpour, z Wydziału Studiów Orientalnych Uniwersytetu w Oksfordzie: „Obie strony używają mocnych słów. Niestety to się łatwo może wyrwać spod kontroli i spowodować pożar. Jastrzębie po obu stronach grają w bardzo groźną >>grę w tchórza<< (kierowcy samochodów jadą na zderzenie czołowe, kto pierwszy skręci przegrywa – game of chicken).”

*Barbara Ann, piosenka Beach Boys w autorskiej wersji Johna McCaina

Czytaj również